Elvis wiecznie żywy
Tę rozmowę telefoniczną pamiętam do dziś, choć minęło wiele lat. Byłem wtedy dziennikarzem jednej ze szczecińskich gazet. Któregoś pięknego, jesiennego popołudnia, podczas redakcyjnego dyżuru przy telefonie zadzwonił pewien czytelnik. – Panie redaktorze, może się Pan ze mnie śmiać lub mieć mnie za wariata, ale jestem pewien, że Elvis Presley wcale nie umarł w 1977 roku – wyznał na jednym oddechu. Nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Przez lata pracy w tym zawodzie nie takie historie można było usłyszeć. Przytaknąłem więc uprzejmie, że może mieć rację, bo przecież jak mawiał Ferdek Kiepski „są sprawy na niebie i ziemi o których nie śniło się nawet fizjologom”. Zapytałem tylko skąd ma to przeświadczenie o dalszym żywocie wybitnego artysty. – Na to pytanie mogę odpowiedzieć tak, jak odpowiadają oficerowie wywiadu i kontrwywiadu: powiem Panu wszystko, ale w chwilę potem będę musiał Pana zabić” – zabrzmiało w słuchawce. No to już nie dopytywałem mając w pamięci pewne angielskie przysłowie, że „curiosity killed the cat”, czyli „ciekawość zabiła kota”. Grzecznie zacząłem się żegnać, gdy w słuchawce telefonu raz jeszcze zabrzmiał głos mego interlokutora: „jeszcze Pan i inni niedowiarkowie zobaczą na własne oczy żywego Elvisa i wtedy wspomni Pan moje słowa”. I otóż kilka dni temu stały się ciałem. No, prawie. Bo nagle w pierwszym tygodniu stycznia 2024 roku pojawiła się informacja, która może zmienić całkowicie światową scenę muzyczną. Otóż angielski „The Guardian” doniósł, że król rock'n'rolla żyje i znowu wystąpi na scenie. Mało tego, pojedzie też w trasę koncertową. Od razu przypomniała mi się tamta rozmowa. Czyżby więc ów czytelnik miał rację i wiedział coś o czym nie śniło się nawet fizjologom? Otóż Elvis rzeczywiście wystąpi a nawet ruszy w trasę koncertową. Tylko jako hologram. Pierwszy taki koncert ma się odbyć w Londynie w listopadzie tego roku. Potem m.in. w Las Vegas, Tokio i Berlinie. Publiczność obejrzy show „Elvis Evolution", w którym pojawi się Elvis wygenerowany cyfrowo na podstawie tysięcy zdjęć i materiałów wideo. To może być początek „zmartwychwstań” kolejnych wielkich artystów np. Janis Joplin, Jimmiego Hendrixa, Jima Morrisona, czy Johna Lennona. Prawdopodobnie za jakiś czas ten trend dotrze nad Odrę i Wisłę. Potem być może technologia pozwoli na to, że hologramowi artyści będą dla nas śpiewać „na żywo” w naszych domach. I tak np. na urodzinach wystąpi Marilyn Monroe ze swoim niezapomnianym „Happy birthday”. Niejeden solenizant do którego zostanie skierowana ta pieśń będzie mógł się poczuć jak prezydent John F. Kennedy. Kolejny przykład – mamy kolejne wybory w niedzielę i pewna partia sromotnie je przegrywa, tracą władzę. Wtedy idealny byłby występ hologramowego Mieczysława Fogga z kultowym przebojem „To ostatnia niedziela” (choć moim osobistym i prywatnym zdaniem najlepszą wersją tej piosenki jest ta w wykonaniu Piotra Fronczewskiego), albo karnawałowe szaleństwo a na scenie „żywy” Jerzy Połomski zaprasza do zabawy oznajmiając, że „Cała sala śpiewa z nami”. Ciekawe tylko czy hologramowi artyści trafią pod strzechy i będą dla wszystkich, czy też będzie to rozrywka tylko dla nielicznych, elitarna i być może kosztowniejsza niż prywatny lot w kosmos. W każdym razie legenda Presleya jest wciąż żywa szczeglnie wśród wyznawców teorii, że on nie umarł na serce 16 sierpnia 1977 roku, tylko sfingował swoją śmierć, bojąc się zemsty mafii, którą podobno miał infiltrować na zlecenie FBI. Są nawet tacy, którzy wypatrzyli go w roli statysty w filmie „Kevin sam w domu". Wiara czyni cuda. A skoro wspomniałem o prezydencie Johnie F. Kennedym, to przypomniała mi się jeszcze jedna sensacyjna informacja. Na początku lat 90. ubiegłego wieku w Polsce bardzo popularny był pewien brukowy, skandalizujący tygodnik. I nie był to „Nie” Urbana. Czekając kiedyś na postrzyżyny w jednym ze szczecińskich zakładów fryzjerskich (aktualna nazwa – w salonie stylizacji fryzur) sięgnąłem, z nudów, po jeden z numerów owego czasopisma. Już pierwszy artykuł mną wstrząsnął i nie dał o sobie zapomnieć do dziś. Otóż informował on, że John F. Kennedy nie zginął 22 listopada 1963 roku w zamachu w Dallas, tylko żyje i mieszka pod Koszalinem, na terenie jednego z upadłych, „pegeerów” (socjalistycznych Państwowych Gospodarstw Rolnych). Podobno są też i tacy, którzy twierdzą, że rozpoznali go w sławnym filmie dokumentalnym pt. „Arizona” jako jednego ze spożywających tanie wino marki „Arizona” pod sklepem w jednej ze wsi pod Słupskiem. Jak to mawiał Ferdek Kiepski? „Są rzeczy na niebie i ziemi…”.




